|
Opowiadanie zainspirowane i bazujące na opowiadaniu Sławomira Mrożka
„Wesele w Atomicach”. Autor gorąco zachęca do lektury powyższego przed
przeczytaniem poniższego tworu.
Hej, wysoko ci u nas technika stanęła, wysoko...
Przyjechałem do Atomic jakiś czas temu. Zamieszkałem w domu tego jegomościa, który - jak powiadają - wyszedł kiedyś z wesela, wyglądając trochę dziwnie i niezdrowo. Nikt go już więcej nie widział.
Któregoś dnia, podczas robienia porządków, znalazłem ciekawe stworzonko. Siedziało na listwie za szafą, przyczepione do kokonika. Chyba przed chwilą skończyło się przepoczwarzać. Wyglądało, jak tęczowa galaretka w kształcie karalucha, z oczkami na szypułkach. Duże nie było, ale rosło tak szybko, jakby ktoś podłączył je do turbosprężarki. Złapałem stworka i wrzuciłem do mikrofalówki, póki się mógł jeszcze do niej zmieścić. Potem zjadłem, gębę otarłem, uczciwie beknąłem i poszedłem w pole.
Latoś tego roku pięknie obrodziła. Żytko porosło prawie tak ładnie, jak grzyby atomowe na podwórku u sąsiada. Kroczyłem dziarsko, depcząc, chcąc nie chcąc, żaborybowęże, których napleniło się ostatnio po tym, jak wysiadł kolejny reaktor w elektrowni starego Ambrożego I wtedy właśnie przypomniałem sobie o weselu, o którym w całych Atomicach od dawna huczało, a nawet wybuchało.
Pan młody, chłopisko mocne w ręce i głowie, zajmował się produkcją ulepszacza do nawozu mysiego. Interes nawet szedł, bo radioaktywne myszomutanty dawały łajno dorodne. Jako właściciel obrał się on na derektora. Zamyślał też zbudować hipermarket. Nawet to dobre by było, bo u nas we wsi są tylko dwa takie. Tyle, że by trzeba było wychodek zburzyć, a bez tego by była bida. Choć to tylko 9 desek i dziura, ale ulżyć sobie – miła rzecz.
Panna młoda, co ją Gienka wołają, żyła zaś z harówki rodzicieli swoich szanownych. W posagu od ojca dostać miała laboratorium genetyki molekularnej, a od matki 4 krowy i tuzin kur niosek. Zamieszkać chcieli w tej chałupie sześciopiętrowej, połączonej ze stodołą, co na końcu wsi była. Warunki nawet znośne, tylko, że bydlątka będą przeszkadzać lądującym helikopterom na dachu. Ale panna młoda uparła się, że tam je będzie trzymać, bo i widok będą mieć ładniejszy, a i trawa mocniejsze słońce złapie.
Kiedy wróciłem z pola, nakarmiłem gadzinę, a potem usiadłem do komputera, żeby napisać pismo do sołtysa. I wtedy właśnie brat panny młodej przyszedł, żeby na ślub spraszać. Bose nogi w samoczyszczącą słomiankę wytarł, Pana Boga pochwalił i na zydlu przysiadł.
Łatwo się nam nie rozmawiało, bo rumor za oknem był wielki.
- To powiadacie, co bedziecie Gienke za Ździska wydawać – powiedziałem, nalewając tequillę do musztardówek.
- Ano, wydajemy. Majom siem ku sobie, to niech siem i żeniom – odrzekł, po czym jednym hałstem wypił trunek i zakąsił kiszonym ogórkiem – Co by tylko nie było taki draki, jak łońskiego roku była – dodał strapiony.
- A co by miała być? Pojedzą, popiją, pohulają i do domu pójdą. Teraz naród mądrzejszy – odparłem, choć bez przekonania – przeca to wesele pokoju, no nie?
I tak gwarzyliśmy o tym i o tamtym. Nagle, jak coś nie błyśnie, jak nie łupnie i świśnie, aż nas poderwało na (niezbyt) równe nogi.
- Łożesz wy!!! Już jo wom pokoże!!! – wrzasnął gość i wymachując pięścią wybiegł z izby. Wdrapał się na tamę, co ją przed domem miałem, spod odświętnej kufajki wyjął bazuki i odstrzelił ogon myśliwcowi, który ćwiczył celność zrzutu napalmu na pole sąsiada.
- No, co bych pomientoł na drugi roz! – wrzasnął, po czym otarł czoło i wrócił do izby. Jeszcze dobrze nie usiadł, a eskadra bombowców przeleciała tuż nad moim dachem, że aż szyby wyleciały z okien i pękła butelka z tequillą.
- Tego już za wiele! – odwróciłem się, szybko wystukałem na komputerze kod startowy dla rakiet samonaprowadzających, które z hukiem wyleciały zza stodoły. Dalej rozmowa potoczyła się już bez przeszkód, za to przy kolejnych butelkach tequilli.
Kiedy się obudziłem brata panny młodej już nie było. Spojrzałem przez okno. Olbrzymia winorośl – ludojad zwolna rozrastała się na wolnej części podwórka. Nie zdziwiło mnie to ani trochę. Odkąd stary Józwa zaczął wadzić się z Zeflikiem o miedzę przy pomocy bomb wodorowych, jest to na porządku dziennym. Strapiło mnie to trochę, gdyż wiedziałem, iż stara Dominikowa zaraz przyjdzie nadawać, że jej kury nie niosą. Nie miałem ochoty wysłuchiwać jej żali, zaprzągłem więc konia do wozu i pojechałem gnój wywozić.
Aż wreszcie nadszedł dzień wesela. Odświętnie ubrany wsiadłem na wóz i w pośpiechu pojechałem do myjni automatycznej. Później zajechałem przed kościół, z piskiem opon zatrzymałem się i z gestem rzuciłem lejce Antosiowi, który dorabiał jako parkingowy na wszystkich większych imprezach. Ubrany, jak wszyscy, w ludowy termostat nałożony na granatowy garnitur kort-tenis, udałem się w kierunku zebranych. Akurat zaczynały się oczepiny. Druhny śpiewały:
Jak cie bedą czepić
Spojrzyj do powały
Żeby twoje dzieci
Czarne oczka miały
Potem zrobiły jej elektrolizę, wprowadziły do komory ciśnień i posypały proszkiem radioaktywnym dla upiększenia. Panna młoda świeciła jak żarówka. Ślub odbył się bez żadnych niespodziewanych zdarzeń. Na weselu też było spokojnie. Ludzie trochę popili i zaczęły się przyśpiewki, jak na każdym, prawdziwym wiejskim weselu. Coraz też który wyskakiwał z nową, na co biesiadnicy odpowiadali głośnym śmiechem i brawami. W całym zamieszaniu prym wiedli Zbychu i Marycha. Coraz to też jedno drugiemu z nowym tekstem wyskakiwało. Wreszcie Marycha zaśpiewała:
Nie śpiwoj, nie śpiwoj
Kiedy nie mas nuty
Weź kota pod pachę
Śpiwoj mu do...
Nie dokończyła jednak, gdyż Zbychu, wyskoczywszy na stół, już zaczął ripostę na cały głos wyśpiewywać:
W Starym Sączu studnia
W Nowym Sączu wiadro
Pocałuj mnie gdziesich
Ty parszywa chadro
Gdy to usłyszał mąż Marychy, który do tej pory poza butelką czystej nic nie widział, zerwał się na równe nogi i wykrzyczawszy w stronę Zbycha cały słownik brzydkich wyrazów, wypuścił w niego pocisk z głowicą jądrową o małym polu rażenia. Zbychu jeszcze nie upadł, a już ojciec jego, Józwa, zaczął przygotowywać się do wystrzelenia bomby wodorowej, których mu jeszcze dużo zostało. Gdy tylko to ludziska zobaczyły ochoczo rzucili się do bitki. Co się tam działo, trudno opisać. Krzyki, wrzaski, odgłosy wybuchających bomb i rakiet wszelkich typów, w jakie można było się zaopatrzyć w sklepie „U Macieja”. Lecz gdy tylko jeden z gości zaordynował, że skoczy po MIG-a, gospodarz, zgodnie z miejscową tradycją, skoczył do domowego rezerwuaru, odkręcił kurek i gazy bojowe na izbę puszczając, rozpoczął zakażanie. Wszyscy rzucili się do swych kombinezonów. Ten, który w chałupie znalazłem chyba trochę przepuszczał, więc zacząłem się powoli zbierać. Świeczki nie potrzebowałem, bo od stodoły, w której odbywało się wesele biło takie promieniowanie, że jasno było jakoby w dzień. Rześki był człowiek, bo deszczyk radioaktywny kropiąc to i owo i mnie skropił raz i drugi. Deczko mi przeszkadzało ssanie w organizmie, ale po zabawie to rzecz normalna. Wyrosły mi też dodatkowe nóżki, po dwie pary z każdej strony, wielkie szczękoczułki i chitynowy pancerzyk. Jakoś jednak dotarłem do chałupy. Przewlokłem się jakoś przez tą roślinę, co była ludojadem i pięknie się już rozrosła. Przeszedłem przez szparę w ramie okiennej i znalazłszy miejsce na listwie za szafą, z dala od pająków – zasnąłem spokojnie, rozpamiętując, jak to było na tym hucznym weselisku.
Lato w Atomicach kończy się. Radioaktywne szarańczomutanty przestają już atakować – znowu zaczną za rok. Grzybki atomowe jednak wschodzą dalej, jak gdyby nic. Poza tym wszystko gra...
Może kiedyś odwiedzisz Atomice? Może w nich zamieszkasz? W małej chatce z tamą na podwórku? Wtedy zajrzyj na listwę za szafą. I nie zapomnij! Będą w Atomicach następne pokojowe wesela. Kto wie, co się na nich może zdarzyć?
Odsłon: 3833
Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.6 Polska adaptacja JoomlaPL.com Team AkoComment © Copyright 2004 by Arthur Konze - www.mamboportal.com All right reserved |