|
Pamiętacie
film „Zakochany Szekspir" opowiadający w swobodnym stylu o postaci dramaturga ze
Stratford? Albo uwspółcześnioną
ekranizacje „Romea i Juli" z Leonardem DiCaprio w roli nieszczęśliwego
kochanka? Najnowsza książka Christophera Moora to na pierwszy rzut oka podobny
twór, nawiązujący w swej linii fabularnej przede wszystkim do szekspirowskiego
„Króla Leara".
Moore dał
się do tej pory poznać jako pisarz o luźnym, zabawnym, ale też prowokującym (co
poniektórych) stylu. Przypomnijmy choćby „Baranka", opisującego „rozrywkową"
młodość Chrystusa.
Dla tych, którzy nie znają
pierwotnego „Króla Leara" kilka słów wyjaśnienia. Tytułowy władca, postanawia
podzielić ziemie swego państwa pomiędzy swoje trzy córki. Kryterium stanowi wielkość
miłości każdej do jego osoby. W efekcie dwie z nich otrzymują po pół z domeny
królewskiej, natomiast trzecia zostaje wydziedziczona i przepędzona z dworu.
Lear mający teraz pod własną pieczą 100 rycerzy, pełniących rolę gwardii
przybocznej zdaje się na łaskę dwóch obdarowanych córek, które obiecały
troszczyć się o niego i jego świtę. Stary król bardzo prędko doświadcza ich
złej woli i nareszcie zaczyna pojmować, które z jego dzieci faktycznie darzyło
go szczerym uczuciem.
Moore w „Błaźnie" dodał od siebie
do tego kociołka, to co najbardziej zszokowałoby wszystkich miłośników teatru
elżbietańskiego - seksualne obyczaje, właściwsze rewolucji lat 60 niż
średniowiecznej ascezie i zuchwalstwo niektórych „nisko urodzonych" w stosunku
do rezydentów wyższych szczebli drabiny społecznej. Wszystko dodatkowo
przyprawione solidną, aczkolwiek mieszczącą się w granicach tolerancji
wulgarnością.
Idealnym reprezentantem tych
trzech cech jest postać sieroty z klasztoru Dog Snogging. Nadworny błazen władcy (bo o nim mowa), ma na
imię Kieszonka. Wesołek, którego z pewnością nigdy nie spotkacie na kartach żadnej
średniowiecznej kroniki, drwiący w niewybrednych żartach z lordów feudalnych
poczynając, a nawet z samego króla. To tak na prawdę ktoś więcej niż główny
bohater. To element napędowy całej, skonstruowanej przez autora nowej
maszynerii.
Po przeczytaniu „Błazna" zadaję
sobie pytanie co tak naprawdę robią te nowe trybiki, dodane wajchy i naoliwione
śruby, bowiem nie sposób powiedzieć, że cała historia staje się dzięki nim
zabawna. Nie jest to też próba uwspółcześnienia przykurzonej już sztuki - nieuzasadnione
byłoby wówczas trzymanie się średniowiecznej konwencji w konstruowaniu realiów,
która bardziej przeszkadza niż pomaga. Odpada opowiedzenie tej samej historii
na nowo, bo kto zrobiłby to lepiej niż sam Szekspir (po co więc próbować)?
Chyba najlepszą odpowiedzią, jaką mogę ułożyć jest pokusa skomentowania po
swojemu, tego co znają wszyscy -wariacja na temat świętości. Jak to ma się do
dylematu konsumenta? Recenzja, wszak musi zachęcać do zakupu, bądź też nie.
Osoby lubiące Moore, raczej
wiedzą czego mogą się spodziewać. Nie czytałem wprawdzie jego „Barnka", ale po
krótkim opisie sądzę, że model „własnego spojrzenia na szeroko znaną kwestię",
opisany przeze mnie parę linijek powyżej jest tu i tam - taki sam. A co z
pozostałymi? Jeśli lubisz rubaszny i z lekka zwariowany humor to książka definitywnie
przypadnie Ci do gustu. Nie lubisz ruszania (wszelakich) świętości? Oszczędź
sobie nerwów. W pozostałych przypadkach, należy rzucić monetą. :)
Odsłon: 1301
Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.6 Polska adaptacja JoomlaPL.com Team AkoComment © Copyright 2004 by Arthur Konze - www.mamboportal.com All right reserved |